Mamo, chcę do szkoły!
Tydzień przed końcem roku szkolnego rodzice chorej na zespół Dawna dwunastolatki dowiedzieli się, że klasa, do której chodzi ich dziecko zostaje rozwiązana. – Decyzja jest nieodwołalna – usłyszeli w gabinecie dyrektorki – Rodzice zdrowych dzieci nie chcą Martyny. Szybko przekonali się, że to nie prawda. Jeśli ktoś jej nie chce to pani dyrektor.
Dyrektor szkoły podstawowej nr 23, Ewa Woźniak, do której chora na zespół Downa Martynka chodziła przez ostatnie cztery lata uznała, że czas rozwiązać klasę integracyjną. Zgodnie z przepisami oświatowymi w klasie integracyjnej powinno być od 13 do 15 dzieci zdrowych i od 3 do 5 niepełnosprawnych. W Klasie IIIa było 13 dzieci bez zaburzeń, dwoje z zespołem Dawna, w tym Martyna i jedno cierpiące na autyzm. Rodzice czwórki dzieci zdrowych postanowili pociechy przenieść do innych klas z różnych powodów. Liczba dzieci w klasie topniała, a dodatkowo Martynka zaczęła dojrzewać i sprawiać kłopoty. Nauczycielka prowadząca klasę musiała pójść z nią do łazienki i pomóc przy zmianie podpaski. To wydarzenie tak bardzo wstrząsnęło pedagogiem, że poinformowała o tym dyrekcję, a ta wykorzystała informację jako argument popierający decyzję o konieczności rozwiązania tej klasy. Zdaniem dyrektor Ewy Woźniak miejsce Martyny jest w szkole specjalnej. Od tego miejsca rozpoczęła się wojna.
– Na pewno są momenty, gdy opadają ręce i brakuje już siły, ale bardzo szybko Martynka stawia mnie na nogi – mówi Elżbieta Walczak, mama dziewczynki – Ostatnio miałyśmy rozmowę o jej chorobie. Spośród zdjęć dzieci z oznakami zespołu Dawna na stronie internetowej Martynka rozpoznała siebie. Zapytałam ją czy wie, że jest chora i czy jej to przeszkadza odpowiedziała – nie, ale tobie chyba tak.
Dla wielu dzieci, które znają Martynę od lat choroba jest niedostrzegalna. Widzą jej buzię codziennie, zauważają odmienność, ale nie oceniają. Podczas klasowych wycieczek, w Toruniu czy w stadninie koni dziewczynka jest otoczona koleżankami. Siadają z nią w autobusie, dzielą się kanapką, odwiedzają w domu i choć pewnie początkowo nie było to łatwe rozumieją co do nich mówi.
Przejście z klasy trzeciej do czwartej dla wszystkich dzieci w podstawówce łączy się z poważną zmianą. Mogą wybrać profil, na przykład sportowy lub informatyczny. Zamiast jednej, ukochanej pani lekcje prowadzą różni, zupełnie obcy nauczyciele.
Rodzice Martynki byli pewni, że te wybory stoją też przed ich dzieckiem, ale się pomylili.
– Myśleliśmy, że w zgranej klasie, a do takiej Martynka chodzi, będzie jej łatwiej znieść zmiany i je zaakceptować – mówi Lech Walczak, tata – Rozwiązanie klasy było szokiem. Nie tylko dla nas. Zdumieni byli też rodzice dzieci zdrowych. Nie oszukujmy się, dla nich mała, objęta specjalną opieką klasa też była doskonałym wyjściem.
Słowa Walczaka potwierdza pismo podpisane przez ośmioro rodziców z rozwiązanej klasy. Dwa dni po informacji od pani dyrektor poprosili o zmianę decyzji i zadeklarowali chęć posyłania swoich dzieci nadal do klasy integracyjnej. Szkoła nie zgodziła się podjąć negocjacji.
– Nie tylko dyrekcja przekonywała nas, że decyzja jest nieodwołalna, ale jeszcze dodatkowo byliśmy proszeni o napisanie podań o przeniesienie dziecka do innej klasy – mówi Agnieszka Karasek, mama Gabrysia – Mój syn jest bardzo wrażliwym dzieckiem, może nawet zbyt. Nauka w małej klasie w niedużej społeczności jest dla niego doskonałym wyjściem. To nie jest typ chłopca, który będzie przewodził innym. Zaprzyjaźnił się z Martynką i wiele razy deklarowałam, że chcę by nadal chodził z nią do klasy.
Dyrekcja szkoły nie może zmusić rodziców Martyny do tego by posłali dziecko do szkoły specjalnej, bo dziewczynka po badaniach specjalistycznych została zakwalifikowana do klasy integracyjnej. Orzeczenie tej treści wydała poradnia pedagogiczno-psychologiczna. Dziewczynka, za karę została skierowana do zupełnie obcej klasy, bez jednego znajomego dziecka, w której będzie jedyną niepełnosprawną. W zwykłej klasie, zwanej przez nauczycieli „masową” jeden nauczyciel ma pod opieką przez 45 minut dwudziestuparu uczniów. Nie będzie miał ani czasu, ani możliwości zająć się niepełnosprawną dziewczynką z zespołem Dawna.
Walczakowie zaczęli walczyć po swojemu. Napisali pismo do prezydenta, do kuratorium oświaty, do dyrekcji szkoły.
„Panie Prezydencie(…) bardzo bym prosiła jako matka chorego dziecka, żeby nie rozdzielać Martyny z innymi dziećmi z którymi tak dobrze się znała i rozwijała. Umieszczenie córki w zupełnie obcej klasie będzie dla niej ogromnym ciosem i przeżyciem. Martyna będzie musiała zaadaptować się do zupełnie nie znanego jej środowiska, do dzieci, które nie muszą zaakceptować jej odmienności. Obawiam się, że wszystko co udało nam się osiągnąć do tej pory zostanie zaprzepaszczone.”
- Nic po prostu, żadnej odpowiedzi – mówi Elżbieta Walczak.
Bardzo zdziwiona po rozmowie z Naszym Miastem jest dyrektor Wydziału Oświaty płockiego ratusza Ewa Adasiewicz. Mówi, że była przekonana, że rodzice zdrowych dzieci napisali pismo, że nie chcą już dalej integracji z Martynką. Od nas dostała oryginał dokumentu w którym ósemka rodziców opowiada się za klasą integracyjną.
- Jeśli rodzice zdrowych dzieci zgodzą się tak jak do tej pory posyłać swoje pociechy do klasy integracyjnej razem z Martynką, dołożymy wszelkich starań, żeby ta klasa została utrzymana – odpowiada Ewa Adasiewicz, dyrektor Wydziału Oświaty – Na pewno nie chodzi o pieniądze, bo na ten cel nie może ich zabraknąć.
Jednak dyrektor szkoły Ewa Woźniak jest przekonana o słuszności swoich decyzji.
– Jeśli są tacy rodzice, w co wątpię, to porozmawiam z nimi jeszcze w tym tygodniu – deklaruje dyrektor Woźniak.
Problem w tym, że wielu rodziców odpoczywa już nad polskim albo europejskim morzem. Żeby ich dziecko mogło 1 września pójść do szkoły musieli przyjąć jakąś propozycje tej placówki albo innej i dla nich sprawa jest załatwiona. Zapisali swoje dzieci gdzie indziej. Pani dyrektor doskonale wie, że musiałby zdarzyć się cud, żeby klasa integracyjna została reanimowana.
Autor artykułu: Dagmara Kobla